„Młodzi, ich smartfony tudzież teatr z metafizyką w tle…” – recenzja widowiska „Ślad Anioła”.

Młodzi, ich smartfony tudzież teatr z metafizyką w tle…

Spektakl bez odczucia grozy istnienia nie znaczy nic – tak lub bardzo podobnie pisał jeden z twórców, którzy obdarowani zostali absolutnym teatralnym słuchem: Witkacy. Jego teatr czystej formy miał być również odkrywaniem metafizyki istnienia, budzić poznawczy i estetyczny wstrząs, uwrażliwiać na dziwność egzystencji i jej – bądź co bądź – przepełnioną goryczą wspaniałość.

Widz miał być nieustannie zaskakiwany; wyrzucany z poczucia pewności własnych obserwacji, oczywistości fabuły i przewidywalności obserwowanych na scenie zdarzeń. Stawał się osobą, która w czasie spektaklu musiała się zmierzyć z rudymentami myślenia o swoim jednostkowym przeznaczeniu, sensie tego, co uważamy za rzeczywiste i – z eschatologicznym tremendum. Wszystko to w oparach absurdu, groteski, katastroficznych przeczuć z dodatkiem prowokacji obyczajowej i analizą społecznych zwyrodnień.

Wydarzenie teatralne ze swej natury miało mieć charakter świeckiego misterium. Miało być aktem wtajemniczenia. Artystyczną i emocjonalną prowokacją.

Pomyślałem o Witkacym w sytuacji dość szczególnej: oglądając spektakl wyreżyserowany przez rzeszowskiego aktora Andrzeja Piecucha i jego teatralną trupę pt. Ślad Anioła. Poruszony obserwowanymi zdarzeniami scenicznymi, ich teatralną pierwotnością i mocą.

Reżyser zaproponował bardzo młodym aktorom rzecz trudną do wykonania, zarówno gdy idzie o rzemiosło, jak i intelektualny poziom projektowanych zdarzeń dramatycznych. Jednocześnie kazał się zmierzyć z pytaniami, które mają – zawsze miały – charakter inicjacyjny, pozwalający odnajdywać swoje miejsce w świecie, szukać argumentów istotnych, uciekać od rozwiązań banalnych lub prymitywnych.

Nie ukrywam, że byłem zdumiony! Tematyka skupiająca się wokół motywów niedalekich od teologii (teksty Kalandyka), kontestowania kulturowego stanu rzeczy (wiersze Stachury) w wykonaniu prowadzonej przez Piecucha trupy pokazała swą poruszającą obserwatora siłę. Dała zgromadzonym widzom okazję do obserwowania ciekawego łączenia inscenizacyjnych pomysłów i technik ze słowem poetyckim, które w warunkach współczesnych mód teatralnych niezbyt często pojawia się na scenach.

Andrzej Piecuch postanowił połączyć możliwości teatru cieni z osobliwością teatru na poły misteryjnego, na poły ludowego, w którym rytuał, zaśpiew, odczucie sacrum łączy się w spójną zmetaforyzowaną opowieść o przygodach Każdego. Reżyser każe się przejrzeć widzowi w tym, co wstydliwie zapomniane lub pogardliwie ignorowane w świecie ceniącym siłę, cynizm, przebojowość i poczucie mocy. Zadaje pytanie o początki, fundamenty naszej kultury, pyta o sens różnych rytuałów, teologicznych ustaleń i religijnych opowieści. Każe aktorom ubierać maski świętych i prostaczków, sprawdzać swoje aktorskie możliwość w konwencji wspomnianego już teatru misteryjnego, w którym najprostsze rekwizyty (stoły, krzesła, misy) nabierają teatralnej mocy, stają się symbolami pierwotnych emocji i napięć. Przyzywają przestrzeń sacrum, pragną odbudować to, co w racjonalnym porządku cywilizacji ulega nieustannej degradacji.

Aktorzy prowadzą widza od zdania: „Przez niedopatrzenie zgrzeszył anioł”, do słów: „Nadzy na ulicach świata”, sugerując odpowiedź na pytanie podstawowe: „Czy jesteśmy jeszcze w stanie zapobiec postępującemu procesowi wyobcowania i czy jesteśmy gotowi wziąć na siebie winę za ów stan rzeczy?”.

Owa odpowiedź nie jest przecież prosta. Młodzi aktorzy, wciąż jednak poruszeni charakterem kreowanych zdarzeń, ich trudnym do werbalizacji napięciem, niepodlegli rutynie, próbowali oddać swoje niepokoje i dziwność sytuacji, w której się znaleźli. Na dłuższy czas zamienili smartfony na klekotki, Snapchata na stare krzesła. Z dobrym skutkiem!

Mariusz Kalandyk

 Zapraszamy do obejrzenia zdjęć z widowiska „Ślad Anioła” – Galeria

Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *